„Moral insanity…” Gombrowiczem podszyte


Przed rokiem Miejsko-Gminne Centrum Kultury i Sportu w Choroszczy po raz pierwszy uczestniczyło w ogólnopolskiej akcji Dotknij Teatru. Dobrze się stało, że przedsięwzięcie jest kontynuowane, bo dzięki temu mogliśmy zobaczyć na choroskiej scenie Teatr Papahema w sztuce „Moral insanity. Tragedia ludzi głupich” na podstawie sztuki Gabrieli Zapolskiej „Ich czworo. Tragedia ludzi głupich w trzech aktach”. Bilety były w odświętnej i ponętnej cenie 10 zł, a radość spotkania ze świetną grupą teatralną – bezcenna.

Zapolska (właśc. Gabriela z Piotrowskich 1 v. Śnieżko Błocka, 2 v. Janocka) pomimo wydania aż 40 tomów prozy do dziś jest popularna przede wszystkim jako dramatopisarka. Jej sztuki regularnie zapełniają sceny teatrów w całym kraju. Zapełniają tonami rekwizytów i przywiązaniem do realiów fin de siècle, kpiną z dulszczyzny i klasami ziewających uczniów, którzy wzorem starszych pokoleń z wysiłkiem niewartym żadnej sprawy dbają, by absolutnie nic nie czytać. Według badania TNS Polska dla Biblioteki Narodowej w 2015 pełne nieczytanie kultywowało aż 63,1 % Polaków. Grono czytających min. 7 książek rocznie zmalało z 24,4% w 2004 do 8,4%. Statystycznie więc nasz dumny rodak ma gdzieś dorobek dziesiątków pokoleń, setek tysięcy pisarzy i pisarek, poetów, badaczy, historyków, filozofów, kapłanów, etyków etc. Dlatego myślę, że w czasie tej gwałtownej epidemii alergii na czytanie dobrze się stało, że Teatr Papahema sięgnął po sztukę o głupocie właśnie.

Zespołowo wyreżyserowana sztuka epatuje świeżością wyrazu. Żadnych szaf, abażurów, foteli i zbędnego anturażu wydobytego z czeluści teatralnych magazynów. Staraniem Justyny Banasiak – autorki scenografii i kostiumów na scenie błyszczą lampeczki na ścianie, choineczka, łóżeczko, stoliczek, szafeczki, serwisik, rowerek, gramofonik i córeczka Lilusia. Malutkie to to wszystko, dziecinne takie, tyciuchne…

Ano tak, bo Zapolska w interpretacji Papahemy Gombrowiczem jest podszyta, znaczy się dzieckiem. Dlatego przedmioty nie są w formie dorosłej, dlatego dziecko nie jest grane przez aktora, a przez lalkę. Dziecko-lalka milczy i nie porusza się samo, co jest oczywiste. Jest grane i wypowiadane przez dorosłych. Pełni rolę papugi, mimowolnego spowiednika dorosłych, jest programowane i totalnie uprzedmiotowione przez wszystkich wokoło. Dodajmy – wszystkich piekielnie toksycznych i grających bardzo własne gry z puli moral insanity – z angielska sformułowanie oznacza (wg słownika PWN) „niezdolność do zrozumienia zasad i wartości moralnych oraz do działania wg nich”.

Gra dzieje się na krwistoczerwonej (kolor znaczący!) planszy z regularnym pięciokątem w środku. Pełni on rolę głównej sceny. Dookoła niego każda z postaci ma punkt schronienia, dzięki czemu przez całe przedstawienie wszyscy są na scenie-planszy. Wszyscy grają i są grani.

Żona gra pozorną miłość do męża i namiętny romans do Fedyckiego. Gra też kochającą matkę, a ze względu na grywalność oczywiście owo matczyne uczucie pełne jest toksyczności. Dziecko też ma grać, ma kłamać i pozować.

Mąż nie umie grać silnego mężczyzny. Próbuje i za każdym razem kończy się to komicznym omdleniem. Tylko żona potrafi wprawić dosłownie jego słabowite serce w ruch. Związek opiera w znacznej mierze na strachu przed śmiercią niż na miłości. Zwłaszcza, że w domu często pojawia się panna Mania.

Mania gra siłaczkę. Poobijana przez życie, zawiedziona i porzucona przez Fedyckiego sunie przez czas jak pancernik. Gra swoim przekleństwem, uwodzi, jak była uwodzona, ale na obiekt stałego uczucia wybiera słabowitego profesora.

Fedycki gra zadowolenie z życia, nawet gdy musi uwodzić leciwą wdowę, aby wypłacić się z długów i nie stracić dachu nad głową. Kocha jednoślad (motor gra czerwony rowerek z amerykańskimi czerwonymi pękami wstążek przy kierownicy), kobiety uwodzi i uzależnia. Tragikomiczny mężczyzna-bluszcz, macho-utrzymanek.

Wreszcie wdowa. Grająca inkasentkę-amantkę, strażniczkę moralności chętnie lądującą w ramionach kochanka.

Dziecko krąży między graczami jak kostka. Granice między aktami zamiast opadającej kurtyny wyznaczają wyliczanki wokół pięciokąta. Dziecko wyłazi z całej piątki, ale niech nikt się nie łudzi, że będzie to tylko powrót do szczerości – ta okazywana jest przez bohaterów tylko przez chwile, w krótkich wyznaniach na zasadzie wyjątku od reguły. Reszta jest okrutną grą, wykwitem narcyzmu, infantylności rodem z „Władcy much” Williamia Goldinga. Przegrana jest nieunikniona.

Mądra gra Teatru Papahema – znakomita troska o każdy gest na scenie – oraz intrygujące i wielokontekstowe odczytanie dramatu Zapolskiej wygrywają dla widzów uniwersalną, świeżą, ostrą i aktualną sztukę. To wszystko z tekstu z 1907, z czytania i z woli znaczącego dotknięcia teatru.

Brawo Papahema, brawo liczna choroszczańska publiczność, brawo M-GCKiS i akcja Dotknij Teatru!

 

 tekst:Wojciech Jan Cymbalisty /M-GCKiS/